Rowerem jeżdżę od kliku lat, Gosia trochę krócej. Jednak we wrześniu 2016 roku zaproponowała, abyśmy w maju przyszłego roku wybrali się rowerami z Torunia zwanego Piernikowem do zimowej stolicy Polski – Zakopnego. Oboje lubimy chodzić po górach i zdobywać szczyty więc postanowiliśmy połączyć obie te aktywności. Do wyprawy przygotowywaliśmy się kilka miesięcy przed planowym wyjazdem, wiadomo kondycja sama się nie zrobi!

Pierwszą rzeczą, którą zrobiliśmy w celu realizacji wyprawy to sporządzenie trasy przejazdu. Zakładaliśmy, że trasa zajmie nam 5 dni. Z racji tego, że chcieliśmy pobić swoje życiowe rekordy przebiegu rowerowego z jednego dnia postanowiliśmy, że pierwszego dnia zrobimy 200km. Taka odległość akurat jest z Torunia do Zduńskiej Woli, kolejnymi punktami miały być odpowiednio: Częstochowa, Wadowice i Zakopane. Kompletować sprzętu rowerowego praktycznie nie musieliśmy. Ja chciałem pojechać moim rowerem trekkingowym, a Gosia niedawno kupionym góralem. Rowery oczywiście z nie najwyższej półki. Mój wartości około 2 tys – Kross. Gosi z OLX za 750zł.

Podstawowy sprzęt jaki chcieliśmy zabrać:

  • – dwie pary sakiew + 2 plecaki (w góry)
  • – sprawne rowerowe oświetlenie
  • – kamizelka odblaskowa
  • – pompka, dentki, spinki do łańcucha, oliwka do łańcucha
  • – sznurek, trytytki, WD-40
  • – mapy z trasą (nawigacja w telefonie)
  • – powerbanki
  • – buty, spodnie, spodenki, okulary (ciuchy + kosmetyki), kominy na szyję
  • – licznik rowerowy
  • – płaszcze przeciwdeszczowe
  • – kuchenkę turystyczną + garnek i patelnię
  • – rękawiczki rowerowe
  • – termos
  • – portfel, klucze, telefon
Trasa Toruń - Zakopane

Trasa Toruń – Zakopane

Dzień 1: Toruń – Zduńska Wola – 210km.

Start: 5.30, meta: 21.00.

Dnia 12 maja o godzinie 5.30 rano wsiedliśmy na nasze rowery i ruszyliśmy w stronę Zduńskiej Woli. Pogoda była słoneczna i ciepła chociaż 2 dni wcześniej w Toruniu padał majowy śnieg. Początkowo chcieliśmy wyjechać z Torunia przejeżdżając przez poligon. Niestety po krótkiej trasie na poligonie postanowiliśmy zawrócić i go ominąć. Nie byliśmy do końca pewni możliwości przejazdu. Poligon toruński jest jednym z większych poligonów artyleryjskich w Polsce. Zdjęcie poniżej ukazuje mapę poligonu i miejsce, które jest zamknięte podczas ćwiczeń wojskowych. My oczywiście byliśmy na terenie poligonu, kiedy żadne ćwiczenia nie były prowadzone.

Poligon w Toruniu. Źródło: https://www.csaiu.torun.pl/dok/rejon%20zakazany.jpg

Źródło: http://www.csaiu.torun.pl/dok/rejon%20zakazany.jpg

Dalsza trasa przebiegała bez komplikacji. Po prostu cały dzień musieliśmy pedałować. Zakładaliśmy, że będziemy starali się nie jeździć drogami głównymi tudzież jechaliśmy drogami bocznymi, leśnymi, piaskowymi, polnymi – ogólnie było ciężko.

Źródło: archiwum własne

Źródło: archiwum własne

Przystanków robiliśmy niewiele, zależało nam na dotarciu do celu. Po 170 kilometrze bóle stawów i pleców dawały się we znaki. O godzinie 21 dotarliśmy do Zduńskiej Woli – cel osiągnięty, cieszymy się chwilę ale tylko chwilę bo nie mamy gdzie spać. Nie rezerwowaliśmy noclegów z wyprzedzeniem, ponieważ nie wiedzieliśmy czy aby na pewno uda nam się dotrzeć danego dnia w dane miejsce, poza tym kombinowanie na bieżąco też jest dobre. Po małym rozeznaniu na mieście dowiedzieliśmy się, że: miejsca w hotelu 120zł / noc są zajęte (i w sumie dobrze), w jednym klasztorze nie było miejsc noclegowych, do drugiego też nie chcieli wpuścić bo były rekolekcje. Po krótkiej rozmowie z Panią z obsługi otrzymaliśmy dwa noclegi na piętrze… Następnego dnia o 6 pobudka, śniadanie i w drogę chociaż byliśmy bardzo obolali.

Trasa z Torunia do Zduńskiej Woli

Trasa z Torunia do Zduńskiej Woli

Wykres wysokości.

Wykres wysokości.

Dzień 2: Zduńska Wola – Częstochowa – 111km.

Start: 9:00, meta: 16.00.

Po opuszczeniu Zduńskiej Woli obraliśmy cel na Częstochowę. Po drodze chcieliśmy zobaczyć kopalnię węgla brunatnego w Bełchatowie. Mieliśmy też plan aby odwiedzić najbogatszą gminę w Polsce – Kleszczów, ale musielibyśmy zbyt mocno odbić z trasy.

Fragment odkrywki, źródło: archiwum własne

Do przejechania mieliśmy około 110km. Droga była ładna, chociaż czasami las dawał się we znaki. Pogoda dopisywała, słońce świeciło mocno i wiał lekki wiatr. Każdy z nas czasami miał różne prędkości, więc niektóre odległości pokonywaliśmy w dużej odległości od siebie. Oczywiście, też wpływ miało na to zmęczenie i chęć pobycia samemu przez jakiś czas. Schemat trasy podobnie jak dnia poprzedniego: pedałowanie od czasu do czasu krótka przerwa na jedzenie i picie. Około godziny 16  dotarliśmy do Częstochowy.

Trasa ze Zduńskiej Woli do Częstochowy, drugi dzień podróży.

Wykres wysokości, Zduńska Wola – Zakopane

 

Udało się dotrzeć do Częstochowy :), źródło: archiwum własne.

W Częstochowie nie mieliśmy zarezerwowanego noclegu. Usiedliśmy pod znakiem i przejrzeliśmy lokalne ogłoszenia (Booking.com/AirBnB, ogłoszenia znalezione w google). Koszt noclegu to 40zł od osoby, spaliśmy przy Jasnej Górze. Na miejscu udało nam się przespacerować po głównym deptaku, wypić piwko i zjeść pizze.
Nie mogliśmy poszaleć (chociaż były takie plany), ponieważ następnego dnia znowu czekało nas pedałowanie przez 170km…

 

Dzień 3: Częstochowa – Wadowice – 155km.

Start: 8:00, meta: 23.00.

Naszym kolejnym celem były Wadowice przez Olkusz. Dlaczego? Postanowiliśmy zboczyć trochę z trasy i pojechać do Zamku Siewierz i zobaczyć ruiny Zamku Ogrodzieniec.  Zamki leżą na szlaku Orlich Gniazd. Zamek w Ogrodzieńcu leży na najwyższym wzniesieniu Jury Krakowsko-Częstochowskiej, która znajduje się na wysokości 515,5 m n.p.m (pierwsza nasza góra :D).

Zamek w Siewierzu, źródło: archiwum prywatne.

Zamek w Siewierzu, źródło: archiwum prywatne.

 

 

Z Ogrodzieńca pojechaliśmy na Olkusz, aby następnie odbić na Wadowice. Nie mieliśmy już dużo kilometrów do przejechania bo około 70, ale teren robił się bardziej pofałdowany. Trafiło nam się sporo lasów, dzikich dróg w tym przeprawa przez małe bagno. Przez te wszystkie niedogodności byliśmy w Wadowicach dopiero około północy. Późna pora i zmęczenie dokuczały niesamowicie. Gosia około godziny 22 miała  halucynacje górskie. Jadąc z górki wydawało jej się, że jedzie pod górkę. Oczywiście po drodze także mieliśmy problem z noclegiem :D. Udało się jednak znaleźć kontakt po długich poszukiwaniach. Dotarliśmy do miłego Pana, który miał domek Na Skawie pod Wadowicami, niestety nie chciało nam się następnego dnia wracać do Wadowic na kremówki. Byliśmy wykończeni (bagna, lasy, góry).

W drodze na Zamek w Ogrodzieńcu, droga nie zawsze była łatwa. Źródło: archiwum prywatne.

W drodze na Zamek w Ogrodzieńcu, droga nie zawsze była łatwa. Źródło: archiwum prywatne.

Ruiny Zamku w Ogrodzieńcu, źródło: archiwum prywatne.

Ruiny Zamku w Ogrodzieńcu, źródło: archiwum prywatne.

Powoli zaczyna robić się ciemno, a mamy jeszcze sporo kilometrów przed sobą..., źródło: archiwum prywatne.

Powoli zaczyna robić się ciemno, a mamy jeszcze sporo kilometrów przed sobą…, źródło: archiwum prywatne.

Kolejny dzień, Częstochowa - Wadowice. Zaczynało się robić ciężko...

Kolejny dzień, Częstochowa – Wadowice. Zaczynało się robić ciężko…

Ciekawszy wykres wysokości :)

Ciekawszy wykres wysokości 🙂

Dzień 4: Wadowice – Zakopane – 120km.

Start: 9:00, meta: 18.00.

Następnego dnia wstaliśmy po 8, potrzebowaliśmy więcej odpoczynku. Dobra wiadomość była taka, że byliśmy już coraz bliżej Zakopanego! Mieliśmy zaledwie do pokonania 120km. Jednak zaczynały się już poważniejsze wzniesienia i jazda nie była taka łatwa.

Ostatni fragment trasy, zdecydowanie najcięższy.

Ostatni fragment trasy, zdecydowanie najcięższy.

Wykres wysokości mówi sam za siebie 🙂

Następnego dnia po godzinie 8 wstaliśmy. Mięśnie dawały się we znaki, czuć było całe ciało. To był już ostatni dzień naszej wycieczki, całe szczęście tylko rowerowej bo na miejscu mieliśmy w planie dodatkowe atrakcje – góry. Zapytaliśmy gospodarza o najlepszą drogę do Zakopanego, według mapy mieliśmy różne warianty. Po wstępnym planie ruszyliśmy w drogę. Teren był już naprawdę mocno pofałdowany, raz w górę raz w dół. Miejscami było ciężko.

Najbardziej wykończyła nas jedna serpentyna, która prowadziła do wejścia na Babią Górę. Na nieszczęście zaczął padać jeszcze deszcz i Gosię zaczęło boleć kolano. Przeprawialiśmy się 1,5 godziny. W końcu udało się osiągnąć szczyt i czekał nas tylko zjazd w dół.

Udało się, szczyt osiągnięty, teraz zjazd..., źródło: archiwum prywatne.

Udało się, szczyt osiągnięty, teraz zjazd…, źródło: archiwum prywatne.

Najbardziej wyczekiwany znak, jeszcze kilkanaście kilometrów, źródło: archiwum prywatne.

Najbardziej wyczekiwany znak, jeszcze kilkanaście kilometrów, źródło: archiwum prywatne.

Zjeżdżaliśmy długo, bo aż ponad 5 km, niesamowita frajda! Jednak trzeba było być czujnym, bo podczas deszczu łatwo było o kolizję szczególnie z takiej góry. Byliśmy już coraz bliżej celu. Po drodze umyliśmy sobie rowery na stacji paliw. Zaczęło się robić coraz bardziej malowniczo. Pojedyncze domki, góry w tle, motywowały nas jeszcze bardziej do tego, aby  mocniej przydusić w pedały. Po kilkunastu kilometrach zobaczyliśmy długi wyczekiwany znak – KOŚCIELISKO. Byliśmy już prawie na miejscu. Odległość między nami się znacznie zwiększyła. Musiałem potem czekać na Gosię, bo w końcu mieliśmy razem przekroczyć granicę Zakopanego. Udało się, o godzinie 21 dojechaliśmy do znaku. Na liczniku mieliśmy 110km, ale czekało nas jeszcze 10km do miejsca noclegowego – Oberconiówki. W Zakopanem spędziliśmy 5 dni na chodzeniu po górach, ale o tym w następnym wpisie :).

Cel osiągnięty, jesteśmy w Zakopanem!, Źródło: archiwum prywatne.

Cel osiągnięty, jesteśmy w Zakopanem!, Źródło: archiwum prywatne.

Warto było tyle pedałować dla takich widoków :), źródło: archiwum prywatne.

Warto było tyle pedałować dla takich widoków :), źródło: archiwum prywatne.

Część druga!

 

Rowerem z Torunia do Zakopanego
Oceń wpis
Share: